środa, 21 grudnia 2016

Skąd pomysł na pisanie bloga o oszczędzaniu? Nie jestem specjalistką od finansów, wręcz przeciwnie. Na widok zbyt dużej ilości liczb uciekam z krzykiem do szafy po drodze zgarniając ulubiony kocyk. 

Dlaczego piszę ten wstęp? Chcę pokazać ewentualnym czytelnikom tego bloga, że absolutnie nie uważam się za autorytet w tej kwestii. Spisanie tego, co robię w formie bloga, ma za zadanie pomóc mi w dojściu do właściwych wniosków i wypracowanie własnej, efektywnej metody na zarządzanie finansami. Chcę przejść tą drogę od zera, spisując wszystkie kroki i wyciągając wnioski. Chcę mieć wszystko czarno na białym. A Was zapraszam do wyruszenia w tę podróż razem ze mną. Zacznijmy dziś.

Moja historia z oszczędzaniem zaczęła się około rok temu. Początkowo chciałam odłożyć pieniądze na swoje własne wydatki – na aparat ortodontyczny, na wykonanie tatuażu. Potem moim celem stał się wkład własny na zakup wymarzonego domu. Potem na życie na emeryturze. Aż zorientowałam się, że nie jestem w stanie zaoszczędzić na nic. Próbowałam różnych metod, ale zawsze pieniądze w tajemniczy sposób znikały lub nie widziałam efektów oszczędzania w ogóle.

Niestety, jakiś czas temu oszczędzanie stało się nie kwestią wyboru a przykrą koniecznością. I wtedy zaczęłam zauważać błędy w swoich metodach i w swoim myśleniu. Z oszczędzania „przygodnego” przeszłam na oszczędzanie „radykalne”.

Stwierdziłam, że muszę postarać się podejść do tematu oszczędzania racjonalnie i oprócz odkładania pieniędzy skupiłam się na zmniejszaniu comiesięcznych kosztów. Żeby to zrobić musiałam zmienić swój sposób myślenia. Ze stanu „mogę to kupić, stać mnie” poprzez „zapanowała bieda, pora zacząć głodówkę” doszłam do „oszczędzam nie tylko dlatego, że muszę, ale też dlatego, że chcę”. 
Uważam, że to najlepsze możliwe podejście do tej kwestii. W przeciwnym wypadku każde wejście do sklepu będzie kojarzyło się z życiową porażką, a wyszukując najtańszego jogurtu możemy pomyślimy „Żyję jak mnich i mam tego dość”. Dlatego pamiętajmy o zachowaniu równowagi w podejmowaniu decyzji. Oczywiście, spowolni to nasz proces oszczędzania, lecz jednocześnie pozwoli nam prowadzić go bez poczucia, że dzieje się nam krzywda. Uwierzcie, że już po kilku dniach odmawiania sobie wszystkiego (tak było ze mną) zaczną Wam błądzić po głowie myśli, że może jednak te wolno rosnące oszczędności nie są warte tych codziennych poświęceń. Tak było ze mną. Wizja oszczędzania na takich rzeczach jak kosmetyki, ubrania czy (o zgrozo!) jedzenie szybko mnie przytłoczyła. Zaczęłam szukać rozwiązania pośredniego. Obliczyłam, że mój codzienny roboczy zestaw śniadaniowy czyli gotowa kaszka manna i bułka kosztują mnie 3,78 zł. Nie muszę chyba dodawać, że nie było to jedyne jedzenie na 8 godzin pracy? Do tej ceny dochodziły gotowe sałatki, pieczywo, słodkości. Efekt? 10-15 zł wydanych dziennie na samo jedzenie do pracy. 315 zł w miesiącu. A przecież znam ludzi, którzy za taką kwotę potrafią zrobić zakupy spożywcze na cały miesiąc i jednocześnie odżywiać się lepiej ode mnie! 
Zniechęcona i zirytowana brakiem rozwiązania dla tej zagadki zabrałam się za sprzątanie mieszkania (tak, sprzątam kiedy jestem zła lub potrzebuję się na czymś mocno skupić). Szczęśliwie celem moich działań została kuchenna szafka i w moje ręce wpadł między innymi kilogram kaszy manny zakupiony wieki temu. Szybkie obliczenia wykazały, że gotując samemu nieszczęsne kaszki można zaoszczędzić nawet 61,04 zł w ciągu miesiąca. 732,48 w ciągu roku. Za kaszkę. Tym sposobem zaczęłam szukać zamienników do rzeczy na które codziennie wydawałam pieniądze. Na przykład:
  • Zmniejszyłam ilość ubrań. A właściwie wciąż zmniejszam – te nienoszone wystawiam stopniowo na sprzedaż. Zaczęłam zwracać uwagę na jakość oraz uniwersalność odzieży. I jeszcze bardziej przekonałam się do secondhandów.
  • Wprowadziłam obowiązywanie Projektu Denko – wszystkie kosmetyki zużywam do końca i nie kupuję wciąż nowych. Staram się także odnajdować tańsze odpowiedniki dotychczas używanych – o podobnej jakości. Czytam opinie w sieci, żeby uniknąć złych zakupów.
  • Złożyłam sobie obietnicę, że nie kupię żadnych nowych włóczek ani tkanin, dopóki nie przerobię wszystkich zapasów na piękne poduszki! Czekają na mnie dwa kosze motków, trzymajcie kciuki!
  • Ale przede wszystkim uczę się planować posiłki i tworzyć tygodniowe jadłospisy. Przestałam wyrzucać jedzenie. W trakcie cotygodniowych zakupów nie kupuję niczego, co do czego nie mam pewności, że będę w stanie zjeść to w ciągu najbliższych 7 dni. Do pracy zaś zabieram małą część z ugotowanego poprzedniego dnia obiadu. Do tego wspomniana gotowa kaszka. I voilà! Zdrowo, pożywnie i tanio!
To oczywiście tylko część wprowadzonych przeze mnie zmian. Wciąż odnajduję w sieci i sama wpadam na nowe pomysły. 

Jakie są Wasze pomysły na podratowanie domowego budżetu?

Po prostu... Gloriaa

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz